"I travel because my life is an adventure I create" Podróżuję, bo lubię... a może nawet i kocham :) Piszę, bo chcę się z tym dzielić, a że nie jestem systematyczna... trudno. Kto chce i tak jest na bieżąco :) Pozdrawiam czytaczy i czekam na komenty :) 3wa
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chile. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chile. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 4 grudnia 2012
Torres del Paine
To dla mnie chyba najlepsze miejsce w Chile... obiecuje, ze opisze i dodam zdjecia :-)
poniedziałek, 3 grudnia 2012
Chile... dawno nic nie pisalam....
....ale mam dobre wytlumaczenie. Od momentu, gdy wyjechalismy z Argentyny dostep do maila, znaczy internetu i telefonu nawet mielismy ograniczony, a praktycznie przez 5 dni bylismy odcieci od cywilizacji.... i wcale na to nikt nie narzekal.
Z Ushuai w Argentynie wyjechalismy dziennym autobusem, by po przejechaniu kilkuset kilometrow przekroczyc granice w San Sebastian, i jechac dalej w kierunku Ciesniny Magellana. Jeszcze po drodze dowiedzieismy sie, ze mocno wieje i nie kursuje prom przez ciesnine... hmmm bedziemy czekac, az wiatr oslabnie i zmienia sie prady wody. Czekalismy ponad 4 godziny. Absolutnie nie odczulam, by wiatr oslabl. Glowy chcialo pourywac, ale skoro ktos podjal decyzje, ze mozemy plynac, to cali szczesliwi weszlismy, a raczej nas wwialo na prom. Polgodzinna przeprawa i jeszcze tylko 2 h w autobusie i wyladowalismy w Punta Arenas. Na drugi dzien szybko zwiedzilismy miasteczko, a raczej jego jedyna atrakcje czyli cmentarz i dalej w droge. Puerto Natales, to tylko krotki przystanek na przepakowanie rzeczy i w droge do Parku Narodowego Torres del Paine.
4 dni z dala od cywilizacji.... choc ilosc Niemcow w wieku fanow gry w bingo, na to nie wskazywala, to rzeczywiscie mozna bylo odpoczac od pedu miasta i wynalazkow cywiluzacji.
Obiecuje, ze napisze wiecej, ale ilosc przezyc, widokow i kilometrow w nogach, raz pod gore raz w dol nie daje sie opisac w kilku zdanich.
Z Ushuai w Argentynie wyjechalismy dziennym autobusem, by po przejechaniu kilkuset kilometrow przekroczyc granice w San Sebastian, i jechac dalej w kierunku Ciesniny Magellana. Jeszcze po drodze dowiedzieismy sie, ze mocno wieje i nie kursuje prom przez ciesnine... hmmm bedziemy czekac, az wiatr oslabnie i zmienia sie prady wody. Czekalismy ponad 4 godziny. Absolutnie nie odczulam, by wiatr oslabl. Glowy chcialo pourywac, ale skoro ktos podjal decyzje, ze mozemy plynac, to cali szczesliwi weszlismy, a raczej nas wwialo na prom. Polgodzinna przeprawa i jeszcze tylko 2 h w autobusie i wyladowalismy w Punta Arenas. Na drugi dzien szybko zwiedzilismy miasteczko, a raczej jego jedyna atrakcje czyli cmentarz i dalej w droge. Puerto Natales, to tylko krotki przystanek na przepakowanie rzeczy i w droge do Parku Narodowego Torres del Paine.
4 dni z dala od cywilizacji.... choc ilosc Niemcow w wieku fanow gry w bingo, na to nie wskazywala, to rzeczywiscie mozna bylo odpoczac od pedu miasta i wynalazkow cywiluzacji.
Obiecuje, ze napisze wiecej, ale ilosc przezyc, widokow i kilometrow w nogach, raz pod gore raz w dol nie daje sie opisac w kilku zdanich.
piątek, 23 listopada 2012
Ciekawostki.....
Papier toaletowy po zuzyciu musi trafic do kosza na smieci, a nie do muszli... maja waskie rury odplywowe i szybko by sie pozatykaly.
Kosze na smieci na ulicach sa postawione na wysokich slupkach - na wysokości ok. 1,5 metra - sa to takie koszyki jak kiedys z supersamu. Najprawdopodobniej by psy nie robily balaganu roznoszac smieci wokol.
Slodkosci - tu jest slodko... Sniadania to przewaznie pieczywo, jakas margaryna i dzem, czasami dulce de leche - czyli jakiegos rodzaju karmelizowane cos, co slodkie jest jak cukier do kwadratu.
Lody - to chyba potrawa narodowa Argentyny. Nie wiem ile maja smakow, ale setki. Samych lodow czekoladowych jest chyba z 15 rodzajow. Wszystkich nie probujemy, ale bardzo sie staramy, by poczuc choc kawalek Argentyny z tej strony :-D
Moje buty trekkingowe kupione w zeszlym roku na wyjazd w Andy, do Peru i Boliwii w Polsce w marcu w Tatrach tak mne obtarly, ze ledwo chodzilam... tu teraz, znowu w Ameryce Poludniowej spisuja sie rewelacyjnie... Ewidentnie sa to buty "zagraniczne"
Ponizej trasa jaka zrobilismy ladem do 23.11. - juz prawie 3250 km (o tym co mamy w nogach spacerujac po tych wszystkich miejcach - nie wspomne :))

Trase Puerto Madryn (Trelew) - Ushuaia robimy samolotem - na bogato a co :)
Kosze na smieci na ulicach sa postawione na wysokich slupkach - na wysokości ok. 1,5 metra - sa to takie koszyki jak kiedys z supersamu. Najprawdopodobniej by psy nie robily balaganu roznoszac smieci wokol.
Slodkosci - tu jest slodko... Sniadania to przewaznie pieczywo, jakas margaryna i dzem, czasami dulce de leche - czyli jakiegos rodzaju karmelizowane cos, co slodkie jest jak cukier do kwadratu.
Lody - to chyba potrawa narodowa Argentyny. Nie wiem ile maja smakow, ale setki. Samych lodow czekoladowych jest chyba z 15 rodzajow. Wszystkich nie probujemy, ale bardzo sie staramy, by poczuc choc kawalek Argentyny z tej strony :-D
Moje buty trekkingowe kupione w zeszlym roku na wyjazd w Andy, do Peru i Boliwii w Polsce w marcu w Tatrach tak mne obtarly, ze ledwo chodzilam... tu teraz, znowu w Ameryce Poludniowej spisuja sie rewelacyjnie... Ewidentnie sa to buty "zagraniczne"
Ponizej trasa jaka zrobilismy ladem do 23.11. - juz prawie 3250 km (o tym co mamy w nogach spacerujac po tych wszystkich miejcach - nie wspomne :))
Trase Puerto Madryn (Trelew) - Ushuaia robimy samolotem - na bogato a co :)
czwartek, 15 listopada 2012
Chile Chillout czyli dzien lenia
Dzisiaj mielismy jechac na rzeke, na Hydrospeed - taki splyw rzeka tylko w piankach - cos a la rafting, ale bez pontonow i wiosel.
Niestety nie zebrala sie grupa... Wojtek zdecydowal sie wiec na rafting, a ja zostalam w hostelu.
Odpoczynek od odpoczywania, czytanie ksiazki (Karinka - wiesz ktorej :)) opalanie, spacer po plazy i miasteczku, rozmowy ze znajomymi z hostelu itp. czysta adrenalina - jak to niektorzy mowia ekscytujace jak Nordic Walking ;)
Pyszna kolacja w wegetarianskiej restauracji, pakowanie i na chwile zegnamy Chile.
Jutro calodzienna podroz do Bariloche w Argentynie. Mam nadzieje, ze nie skonfiskuja mi butelki w ognistym plynem na granicy :)
Niestety nie zebrala sie grupa... Wojtek zdecydowal sie wiec na rafting, a ja zostalam w hostelu.
Odpoczynek od odpoczywania, czytanie ksiazki (Karinka - wiesz ktorej :)) opalanie, spacer po plazy i miasteczku, rozmowy ze znajomymi z hostelu itp. czysta adrenalina - jak to niektorzy mowia ekscytujace jak Nordic Walking ;)
Pyszna kolacja w wegetarianskiej restauracji, pakowanie i na chwile zegnamy Chile.
Jutro calodzienna podroz do Bariloche w Argentynie. Mam nadzieje, ze nie skonfiskuja mi butelki w ognistym plynem na granicy :)
środa, 14 listopada 2012
Park Narodowy Huerquehue
Plan byl, by na spokojnie pospacerowac we wtorek w Parku Narodowym, ktorego nazwy do tej pory sie nie nauczylam, a o poprawnej wymowie nie wspomne. Na szczescie przed wejsciem nie egzaminowali z tego:-) wiec weszlismy. Park jest ok 30 km od Pucon. Mielismy jechac autobusem, ale rano przy sniadaniu okazalo sie ze nasi znajomi z hostelu tez tam jada, a ze maja wynajete auto, to mozemy przynajmniej w jedna strone zabrac sie z nimi.
Plan byl by wrocic ok 15 do hostelu i wyskoczyc jeszcze na Hydrospeed. Okazalo sie jednak, po szczegolowym zapoznaniu z mapa, ze zeby zobaczyc choc kilka ciekawych miejsc, widoczkow i roslin powinnismy pospacerowac znacznie dluzej. Co ciekawe, park nie jest plaski, wiec znowu mamy do pokonania kilka gorek (m. in. wejscie na ok 1250 m n.p.m - jakby mi bylo malo po wczorajszym).
Na szczescie park byl cudny! Widoki, kolory, spokoj, roslinnosc, wodospad, kaskady. Piekna pogoda nam dopisywala, wiec bardzo przyjemnie spedzilismy 8 godzin w przepieknych okolicznosciach przyrody, w niklym towarzystwie ludzi. Przy wyjsciu z parku okazalo sie, ze nasi znajomi na nas czekaja i razem wrocilismy do Pucon.
Z ciekawostek - Wojtek kapal sie w lodowatych wodach wodospadu, ja tylko nogi pomoczylam :-)
Plan byl by wrocic ok 15 do hostelu i wyskoczyc jeszcze na Hydrospeed. Okazalo sie jednak, po szczegolowym zapoznaniu z mapa, ze zeby zobaczyc choc kilka ciekawych miejsc, widoczkow i roslin powinnismy pospacerowac znacznie dluzej. Co ciekawe, park nie jest plaski, wiec znowu mamy do pokonania kilka gorek (m. in. wejscie na ok 1250 m n.p.m - jakby mi bylo malo po wczorajszym).
Na szczescie park byl cudny! Widoki, kolory, spokoj, roslinnosc, wodospad, kaskady. Piekna pogoda nam dopisywala, wiec bardzo przyjemnie spedzilismy 8 godzin w przepieknych okolicznosciach przyrody, w niklym towarzystwie ludzi. Przy wyjsciu z parku okazalo sie, ze nasi znajomi na nas czekaja i razem wrocilismy do Pucon.
Z ciekawostek - Wojtek kapal sie w lodowatych wodach wodospadu, ja tylko nogi pomoczylam :-)
Wulkan Villarrica
Poniedzilek zaczal sie juz o 6 rano, male acz pozywne sniadanie i ruszamy. Najpierw po ekwipunek - buty skorupy, spodnie, stuptuty, kurtka, rekawice, kask, raki i czekan. W zyciu nie mialam takiego sprzetu na sobie... Zawsze ma byc ten pierwszy. Busem dojechalismy do miejsca, gdzie zaczynalismy wspinaczke. Najpierw po kamieniach, ale juz po niedlugim czasie po sniegu i to coraz glebszym. Wszystko byloby luksusowo, gdyby nie wiatr. Hmmmm a moze lepiej powiedziec jak bylo ... nie to nie wialo, to pizdzilo tak, ze chcialo glowe urwac, chcialo zdjac ze zbocza i tyle. W takich warunkach szlismy ok 4 godziny.
Doszlismy do miejsca, gdzie juz tylko lod i wiatr (ja wiem, co znaczy wysokosc i wiatr we wlosach w kasku... spadalam kilkadziesiat razy z predkoscia 180 km/h ale chyba nie mozna tego porownac - mam wrazenie ze tu porywy wiatru byly jeszcze mocniejsze). Stwierdzilam, ze nie ma sensu isc wyzej. Tu widoki i tak juz byly przepiekne. A robienie czegos wbrew sobie i naturze, to nie w moim stylu. Jak nie mam sie skrzybac do krateru nastepne 2,5 h w rakach to nie bede. I nie poszlam dalej. Nagralam za to krotki filmik "O tym jak wialo"- do obejrzenia po powrocie.
Najlepsza atrakcja dla mnie by powrot, znaczy "przedostanie" sie na dol. Nie musielismy schodzic... przypielismy na tylna, dolna czesc plecow :-P specjalne ochraniacze, usiedlismy na plastikowych "jabluszkach" i w snieznych rynnach mknelismy w dol. Hamowanie w razie czego czekanem i wiu. Zabawa byla przednia :-p
Mozna zatem powiedziec, ze wspinalam sie na kolejny wulkan, ale do krateru nie zajrzalam. Ponoc, z tego co mowia ci co byli i tak nie widac wnetrza krateru, a tylko dym, no i widoki, ktore ja tez mialam zdziebko nizej.
Jak wrocilismy do miasta i do hostelu, to byl taki upal, ze nic tylko kierunek plaza. Jezioro o tej samej wdziecznej nazwie co wulkan z czarna, kamienista plaza tyle ze z woda o temperaturze Baltyku w maju z lekka ochlodzilo nam popoludnie. Potem dobra kolacja i ukladanie planu na kolejne dni.
Doszlismy do miejsca, gdzie juz tylko lod i wiatr (ja wiem, co znaczy wysokosc i wiatr we wlosach w kasku... spadalam kilkadziesiat razy z predkoscia 180 km/h ale chyba nie mozna tego porownac - mam wrazenie ze tu porywy wiatru byly jeszcze mocniejsze). Stwierdzilam, ze nie ma sensu isc wyzej. Tu widoki i tak juz byly przepiekne. A robienie czegos wbrew sobie i naturze, to nie w moim stylu. Jak nie mam sie skrzybac do krateru nastepne 2,5 h w rakach to nie bede. I nie poszlam dalej. Nagralam za to krotki filmik "O tym jak wialo"- do obejrzenia po powrocie.
Najlepsza atrakcja dla mnie by powrot, znaczy "przedostanie" sie na dol. Nie musielismy schodzic... przypielismy na tylna, dolna czesc plecow :-P specjalne ochraniacze, usiedlismy na plastikowych "jabluszkach" i w snieznych rynnach mknelismy w dol. Hamowanie w razie czego czekanem i wiu. Zabawa byla przednia :-p
Mozna zatem powiedziec, ze wspinalam sie na kolejny wulkan, ale do krateru nie zajrzalam. Ponoc, z tego co mowia ci co byli i tak nie widac wnetrza krateru, a tylko dym, no i widoki, ktore ja tez mialam zdziebko nizej.
Jak wrocilismy do miasta i do hostelu, to byl taki upal, ze nic tylko kierunek plaza. Jezioro o tej samej wdziecznej nazwie co wulkan z czarna, kamienista plaza tyle ze z woda o temperaturze Baltyku w maju z lekka ochlodzilo nam popoludnie. Potem dobra kolacja i ukladanie planu na kolejne dni.
Etykiety:
Chile
Pucon, miasto przygoda
Mam duzo do nadrobienia... Tyle sie dzieje, ze siadanie do kompa zaczyna sie robic obowiazkiem a nie przyjemnoscia. Jest wtorek wieczor, a ja jeszcze niedzieli nie skonczylam. Poprawiam sie zatem, ale tylko w 2 zdaniach.
Niedzielny wieczor spedzilismy w Los Pozones - goracych zrodlach. 5 basenow z woda od ok 23 do grubo ponad 40 stopni. Wymoczona i wygrzana wrocilam do hostelu.
Niedzielny wieczor spedzilismy w Los Pozones - goracych zrodlach. 5 basenow z woda od ok 23 do grubo ponad 40 stopni. Wymoczona i wygrzana wrocilam do hostelu.
niedziela, 11 listopada 2012
Pucon
Jedynie 9,5 godziny nocnym autobusem i jestesmy w Krainie Jezior. Chilijskie linie autobusowe oferuja bardzo komfortowe warunki przejazdow - wielkie rozkladane fotele, kocyki i poduszeczki - nic tylko spac. Tak tez uczynilam, wyspana i zadowolona jestem w miejscu, gdzie absolutnie nie moge narzekac na brak slonca.
Zanim rano znalezlismy hostel zjedlismy wypasne sniadanie w restauracyjce z widokiem na osniezony i lekko dymiacy wulkan Villarrica (jutro jak tylko dopisze pogoda to na niego wejdziemy :-) ).
PS. Hela serdecznosci urodzinowe ode mnie i Wojtka :-D
Zanim rano znalezlismy hostel zjedlismy wypasne sniadanie w restauracyjce z widokiem na osniezony i lekko dymiacy wulkan Villarrica (jutro jak tylko dopisze pogoda to na niego wejdziemy :-) ).
PS. Hela serdecznosci urodzinowe ode mnie i Wojtka :-D
Etykiety:
Chile
Lokalizacja:
Camino A Villarrica 1-199, Pucón, Araukania, Chile
Vina del Mar, Pacyfik
Wczoraj juz jednak byla ladna pogoda :-)
Sniadanie z wlascicielami hostelu i dalej w droge. Zanim jednak pojechalismy lokalna SKMka do miejscowosci Vina del Mar to jeszcze w pelnym sloncu :-D :-D spacerowalismy po Valparaiso, po muzeum na swiezym powietrzu. Tysiace kolorow, murale i chaos tak w 3 slowach mozna opisac to miasto.
Vina dle Mar za to jest kurortem dla bogatych Valparaisowcow. Czysto, schludnie i raczej na bogato.
Poleniuchowalismy troche na plazy, zamoczylismy nogi w lodowatych wodach Pacyfiku (wszystkiego jakies 40 minut) ale slonko nie proznowalo - wszystkie wystajace czesci ciala mam przyjarane :-)
Po poludniu wrocilismy do Santiago przyjelismy po Pisco Sour i Pisco Mango do pizzy i nocnym autobusem ruszylismy w droge na poudnie.
cdn...
Sniadanie z wlascicielami hostelu i dalej w droge. Zanim jednak pojechalismy lokalna SKMka do miejscowosci Vina del Mar to jeszcze w pelnym sloncu :-D :-D spacerowalismy po Valparaiso, po muzeum na swiezym powietrzu. Tysiace kolorow, murale i chaos tak w 3 slowach mozna opisac to miasto.
Vina dle Mar za to jest kurortem dla bogatych Valparaisowcow. Czysto, schludnie i raczej na bogato.
Poleniuchowalismy troche na plazy, zamoczylismy nogi w lodowatych wodach Pacyfiku (wszystkiego jakies 40 minut) ale slonko nie proznowalo - wszystkie wystajace czesci ciala mam przyjarane :-)
Po poludniu wrocilismy do Santiago przyjelismy po Pisco Sour i Pisco Mango do pizzy i nocnym autobusem ruszylismy w droge na poudnie.
cdn...
sobota, 10 listopada 2012
A myslalam, ze bedzie plazowanie
Jak bolesna to pomylka, gdy jedzie sie na brzeg Pacyfiku ze strojem kapielowym, pareo i balsamem do opalania, a tam ok 15 stopni i pada... Coz pocieszam sie tym, ze to i tak wiecej niz mialabym w Pl.
Przedpoludnie spedzilismy wiec w hostelu rozmawiajac ze szczegolnie rozgadana wlascicielka po hiszpansku. Ja tak przekonujaco patrzylam jej w oczy i potakiwalam, ze byla przekonana, ze ja biegla w tym jezyku jestem :-) Nie ma to jak umiec robic dobre wrazenie.
Po 13 jednak mimo deszczu postanowilismy wyjsc na miasto. Nogi schodzone, ale widoczki i wrazenia jak nigdy wczesniej. Valparaiso to mega dziwna mieszanka stylow, pomyslow na zabudowe i kolorow. Szkoda, ze szarosc nieba i oceanu zlaly sie w jedno, a piekno barw budynkow na wzgorzach przykryla mgla. Poznym popoludniem troche sie rozpogodzilo, wyszlo nawet slonko i moglismy sie wystawic, by nas troche ogrzalo. Do niecodziennych przygod mozemy zaliczyc przejazdzke Ascensor Cordillera - to taki wagonik na szynach, tyle, ze wspinajacy sie prawie pionowo. My zjezdzalismy w dol ze wzgorza, ale jak szarpnal startujac to oboje chcielismy sie ratowac ucieczka :-)
Wojt dogorywa teraz z lekka zmeczony i walczacy chyba z lapiaca go grypa, a ja nadrabiam zaleglosci w pisaniu. Zdjec na razie nie bedzie, bo ma karta nie wspolpracuje z tabletem, ale namiastke obrazkow z mojej aktualnej codziennosci mozna zobaczyc na blogu Wojtka: http://wojdzi.blogspot.com/
Przedpoludnie spedzilismy wiec w hostelu rozmawiajac ze szczegolnie rozgadana wlascicielka po hiszpansku. Ja tak przekonujaco patrzylam jej w oczy i potakiwalam, ze byla przekonana, ze ja biegla w tym jezyku jestem :-) Nie ma to jak umiec robic dobre wrazenie.
Po 13 jednak mimo deszczu postanowilismy wyjsc na miasto. Nogi schodzone, ale widoczki i wrazenia jak nigdy wczesniej. Valparaiso to mega dziwna mieszanka stylow, pomyslow na zabudowe i kolorow. Szkoda, ze szarosc nieba i oceanu zlaly sie w jedno, a piekno barw budynkow na wzgorzach przykryla mgla. Poznym popoludniem troche sie rozpogodzilo, wyszlo nawet slonko i moglismy sie wystawic, by nas troche ogrzalo. Do niecodziennych przygod mozemy zaliczyc przejazdzke Ascensor Cordillera - to taki wagonik na szynach, tyle, ze wspinajacy sie prawie pionowo. My zjezdzalismy w dol ze wzgorza, ale jak szarpnal startujac to oboje chcielismy sie ratowac ucieczka :-)
Wojt dogorywa teraz z lekka zmeczony i walczacy chyba z lapiaca go grypa, a ja nadrabiam zaleglosci w pisaniu. Zdjec na razie nie bedzie, bo ma karta nie wspolpracuje z tabletem, ale namiastke obrazkow z mojej aktualnej codziennosci mozna zobaczyc na blogu Wojtka: http://wojdzi.blogspot.com/
Etykiety:
Chile
Lokalizacja:
Huito 301-361, Valparaíso, Chile
piątek, 9 listopada 2012
Isla Negra i Valparaiso
Dzisiaj Pacyfik po raz pierwszy. Muzeum Pablo Neruda w Isla Negra - pelen odjazd! A teraz poszukiwanie slonca w Valparaiso... moze nie byc latwo, bo zapowiadaja tylko ok 20 stopni. Zdjecia beda wkrotce, a tymczasem czekam na maile z domu, Polski i tych co obiecali pisac, bo niby beda tesknic....
czwartek, 8 listopada 2012
www czyli wino, wino, wino :)
Wczorajszy dzien uplynal na degustacjach.... probowalismy 8 roznych win... Mozna sobie tylko wyobrazic jak mi sie geba smiala po kazdym nastepnym kieliszku. Odwiedzilismy 2 winnice, panie ladnie nam opowiadaly o produkcji, rodzajach winogron i naslonecznieniu dolin a my szukalismy w winach smakow czekolady, ananasa czy innych atrakcji. Jednym slowem wycieczka do Isla de Maipo bardzo udana.
A post powstał dziś, bo wczoraj mi bylo trudno w literki trafiać :)
A post powstał dziś, bo wczoraj mi bylo trudno w literki trafiać :)
Etykiety:
Chile
Lokalizacja:
Santiago de Chile, Region Metropolitalny, Chile
środa, 7 listopada 2012
La bombeczka grande
Wczoraj spacerowalismy po Santiago - szczegolnie interesowaly nas miejsca, gdzie mozna dobrze zjesc lub wypic cos ciekawego :-D Wojt wynalazl knajpe La Piojera, gdzie pilismy Terremoto - wino (dosc mocne) z lodami ananasowymi i jakims sokiem, chyba z grenadiny... czy jak to tam sie nazywa.
Bombke mialam po tym taka, ze .... ho hoho
Na obiad byla ryba reneta - rewelacja, a potem znowu kilometry spacerow. Kolacja w rekomendowanej knajpie i tym razem Pisco Sour. Baaaaaardzo przyjemny dzien i wieczor.
Cdn :-)
Bombke mialam po tym taka, ze .... ho hoho
Na obiad byla ryba reneta - rewelacja, a potem znowu kilometry spacerow. Kolacja w rekomendowanej knajpie i tym razem Pisco Sour. Baaaaaardzo przyjemny dzien i wieczor.
Cdn :-)
Etykiety:
Chile
Lokalizacja:
Santiago de Chile, Region Metropolitalny, Chile
wtorek, 6 listopada 2012
Jedynie 2 godziny....
... dobe i 2 godziny trwala nasza podroz od goscinych progow domu Kornela w Warszawie, przez Amsterdam, Sao Paulo w Brazylii (gdzie wypilismy miejscowe piwko) do Santiago i przemilego hostelu Abrakadabra. Zmeczeni padlismy spac. Jest 9 rano idziemy na sniadanie i w miasto :-)
Jest ok 25 stopni, slonko swieci. Sandaly i w droge.
Jest ok 25 stopni, slonko swieci. Sandaly i w droge.
Etykiety:
Chile
Lokalizacja:
Santiago de Chile, Region Metropolitalny, Chile
piątek, 2 listopada 2012
Pakowanie - umiejętność zacna
Przez chwilę myślałam, że straciłam zdolność pakowania. Normalnie zwątpiłam w swoje umiejętności, ale uświadomiłam sobie, że przecież muszę się spakować na 7 tygodni, na 4 pory roku, na przeróżne sytuacje...
Plecak prawie pełen, a do zapakowania jeszcze mnóstwo rzeczy... Zweryfikowałam pierwotną listę rzeczy, odrzuciłam co nieco, upchałam kolanem resztę i dopięłam. 15,5 kg głównego i ok 3,5 w plecaku podręcznym.
Ale tak to jest jak trzeba spakować i stój kąpielowy i czapkę i rękawiczki (o 1/2 l ognistego płynu nie wspomnę). Mam nadzieję, że mój kręgosłup to zniesie :)
Jutro kierunek stolica - póki co Polski.
Ps. niektóre moje części garderoby nabrały $ielonego koloru - nie próbujcie zgadywać które :)
Plecak prawie pełen, a do zapakowania jeszcze mnóstwo rzeczy... Zweryfikowałam pierwotną listę rzeczy, odrzuciłam co nieco, upchałam kolanem resztę i dopięłam. 15,5 kg głównego i ok 3,5 w plecaku podręcznym.
Ale tak to jest jak trzeba spakować i stój kąpielowy i czapkę i rękawiczki (o 1/2 l ognistego płynu nie wspomnę). Mam nadzieję, że mój kręgosłup to zniesie :)
Jutro kierunek stolica - póki co Polski.
Ps. niektóre moje części garderoby nabrały $ielonego koloru - nie próbujcie zgadywać które :)
niedziela, 21 października 2012
Przygotowania 7 tygodni - Chile i Argentyna
Za 2 tygodnie ruszam/y :) Tym razem Chile i Argentyna.
7 tygodni w podróży z plecakiem przez Amerykę Południową aż do Ziemi Ognistej .... na koniec świata :)
Trasa opracowana przez Wojtka, zakupy zrobione, jeszcze tylko waluta, ubezpieczenie i pakowanie.
Jeszcze nigdy nie pakowałam 60l plecaka na 7 tygodni, jeszcze nigdy nie musiałam pakować i zimowych i letnich rzeczy, z przekonaniem, że jedne i drugie mi się tam na 100% przydadzą.
Proszę zatem o trzymanie za mnie kciuków i przesyłanie od czasu do czasu informacji z lokalnego podwórka.
7 tygodni w podróży z plecakiem przez Amerykę Południową aż do Ziemi Ognistej .... na koniec świata :)
Trasa opracowana przez Wojtka, zakupy zrobione, jeszcze tylko waluta, ubezpieczenie i pakowanie.
Jeszcze nigdy nie pakowałam 60l plecaka na 7 tygodni, jeszcze nigdy nie musiałam pakować i zimowych i letnich rzeczy, z przekonaniem, że jedne i drugie mi się tam na 100% przydadzą.
Proszę zatem o trzymanie za mnie kciuków i przesyłanie od czasu do czasu informacji z lokalnego podwórka.
Lokalizacja:
Gdynia, Polska
Subskrybuj:
Posty (Atom)